Kochani dawno nic nie pisaliśmy o tym, co u nas słychać. A więc nadrabiamy małe zaległości😊

Pani Kasia dzieli się z nami swoim doświadczeniem, swoim przeżywaniem codzienności pośród Mocarzy. Dziękujemy za piękne świadectwo, za to że mamy wokół siebie tak wielu cudownych ludzi, którzy nam pomagają, aby proste i szczęśliwe życie naszych Mocarzy nadal takie było ❤️❤️❤️

„Bezpieczna polana w mocarzewskim lesie jest, od lat, azylem dla naszych podopiecznych. Nie tak dawno świadomością wszystkich ludzi wstrząsnął wybuch epidemii koronawirusa na całym świecie. Dla osób z niepełnosprawnością intelektualną większość pojęć jest czystą abstrakcją. Tego czego się nie doświadczy albo nie zobaczy nie można ogarnąć słabym umysłem. A mikroskopijnej wielkości cząsteczki wirusa, o którym mówią w telewizji wydają się być całkiem sporym, okrągłym potworkiem z wypustkami, jaki najczęściej jest pokazywany jako symbol jego budowy na ekranach telewizorów. I dopiero taki „potworek” to jest coś. Jakby się naocznie pojawił i zaatakował to by było wiadomo czego się bać. Ale takiego „gościa” nikt w Mocarzewie nie widział.

Dziwią więc dzieci przestraszone miny wychowawców i Sióstr, zdających sobie sprawę z realnego zagrożenia. Wiadomości płynące z mediów przerażają i wszystkim udziela się ta atmosfera wyczekiwania na jakieś przesilenie w tej nierównej walce. Z dnia na dzień wszyscy zaczęli się pilnować. We wzajemnych kontaktach zaczęły się pojawiać komunikaty: weź się nie przytulaj, nie pij z mojego kubka, odsuń się ode mnie. Takie codzienne ale bardziej słyszalne bo w czasie kiedy wszyscy apelują o dystans. Większość dzieci z Mocarzewa (tak najczęściej o nich mówimy, choć niektórzy są już dorośli) pojechała do swoich domów. Chwała za to rodzicom, którzy rozumieją, wespół z nami, tę troskę o słabe zdrowie ich dzieci. Specjaliści „odgórni” mówią, że niepełnosprawnym najpotrzebniejsza jest rehabilitacja dlatego powinni uczestniczyć w swoich zajęciach. Ale proszę mi uwierzyć, że im, tak jak każdemu z nas, najpotrzebniejsze jest ŻYCIE.

Często bowiem jest tak, że osoby z różnymi niepełnosprawnościami są bardzo, bardzo mało odporne na różnego rodzaju infekcje. A w tym ciężkim czasie jeszcze bardziej. Dlatego kontakt z wirusem mógłby się dla nich skończyć tragicznie. Jest też taka grupa dzieci w Mocarzewie, dla których Ośrodek jest jedynym albo najbardziej wskazanym domem. Znajomi pytają mnie „nie boisz się teraz tam jeździć?”. Mogłabym udać, że nie słyszałam pytania, ale jak zawsze nie wytrzymuję. Boję to ja się iść do sklepu na zakupy czy do apteki po leki. Dzieci z Mocarzewa, tak naprawdę, nie były nigdzie od początku marca, a niektóre i dłużej. Jeśli któreś z nich byłoby zarażone to już by było wiadomo. W Ośrodku przestrzegane są procedury sanitarno- higieniczne. To my pracownicy, którzy po wyjściu z Mocarzewa mamy kontakt z innymi ludźmi- w większym lub mniejszym stopniu, stanowimy dla nich zagrożenie. Myślę o tym, żeby nie spotkał nas scenariusz jednego z DPS-ów, gdzie pracownica przeniosła wirusa i teraz wszyscy są objęci kwarantanną. Mam nadzieję, że nasza patronka- bł. Matka Celina szczególnie teraz o nas zabiega i wyprasza dla nas siłę przetrwania i odporność na tę chorobę.

Wirus wirusem ale przecież żyć trzeba. Wszyscy, którzy spotykamy się z dziećmi, na swoich dyżurach staramy się aby ich proste, szczęśliwe i bezpieczne życie w Mocarzewie, nadal takim było. Jest inaczej bo nie chodzimy w niedzielę do Kościoła. Ewa mnie spytała: „Pani Kasiu, a czy ludzie to przez to wszystko nie oduczą się chodzenia do Kościoła?”. Mówię jej, że nie i że teraz to dopiero każdy zauważy jak mu jest potrzebny kontakt z Panem Bogiem, spotkanie z Jezusem, ukrytym w Najświętszym Sakramencie. Rozmawiam z dziewczynkami. Przypominam im, że w naszej wędrówce przez Wielki Post wybrałyśmy sobie za patrona św. Ojca Pio. Okazuje się, że chyba nie było to bez znaczenia. Jedno z megazdrapkowych zadań w Ośrodku brzmiało „zapoznaj się z życiorysem swojego patrona”. Oglądamy film dokumentalny o życiu świętego. Dziewczyny zauważają, że Ojciec Pio w pewnym momencie życia miał zabronione odprawianie Mszy Świętej i nałożono na niego wiele nakazów, których miał bezwzględnie przestrzegać. Jest odniesienie. Wytrzymamy.

Oglądanie transmisji Mszy Świętej jest inne ale też ważne w funkcjonowaniu naszych dzieci. Ze wzruszeniem obserwowałam w niedzielę Dominikę, którą na początku to śmieszyło ale później zaczęła w skupieniu klękać w świetlicy i modlić się głośno razem z innymi dziewczynkami. Kiedy modlimy się w Mocarzewie, rano czy wieczorem, dzieci spontanicznie wypowiadają modlitwy o zakończenie epidemii koronawirusa, proszą, żeby nie było zachorowań i obowiązkowo, żeby powstał jak najszybciej Dom Mocarzy. Proszą o zdrowie dla darczyńców, którzy nawet w trudnym czasie o nas nie zapominają. Nie chodzimy też do szkoły ale jest „zdalne nauczanie”- każde dziecko ma zadany pakiet zadań i ćwiczeń, które musi wykonać w Ośrodku. No tu już jest różnie- jedni z większym, inni z mniejszym zapałem, ale systematycznie wykonują zadane działania. Same siebie motywują: „musisz, dasz radę, przecież to jest jak w szkole”. Wychowawcy pomagają realizować szkolną podstawę programową. Nie ma nudy. Z Siostrami dzieci chodzą do alpak. Karmią, sprzątają, przytulają się. Można na chwilę zapomnieć, że jest gdzieś inny świat, w którym trzeba nosić maseczki i nitrylowe rękawiczki. Zadajemy sobie pytanie, czy koronawirus zwalnia nas z normalnego biegu życiu i daje furtkę do życia byle jak?

Trzeba być ostrożnym, ale żyć normalnie – na ile się da. Czyli Kacper musi sprzątać, bo będzie miał „pogadankę” z panem Marcinem, Irmina musi wstawać o wyznaczonej porze, bo pani Aneta ją „zmobilizuje”. Ewa nie może się wyręczać w drobnych pracach innymi koleżankami, a Daria nie może chodzić gdzie chce (najczęściej obejrzeć siostrę Dyrektor).

I tak dalej, i tak dalej. To samo dotyczy nas, wszystkich pracujących. Pani Zosia, Asia, Agnieszka czy Ania nie mogą gotować teraz byle jak – i nie gotują, bo ostatnia zupka dla Natalki była przepychota- aż mała nie mogła się oderwać. Pani Iwonka i pani Agnieszka nie mogą przestać prać bo w czym chodziłyby dzieci. A wychowawcy? Cóż- nie chodzą w maseczkach i przyłbicach, nie noszą rękawiczek i SĄ. Na dobre i na złe. To wszystko kiedyś minie. Nie szybko zapomnimy czas przymusowych rozstań i nakładanych na nas rygorów sanitarnych. Niektóre z nich pewnie wejdą nam w nawyk (mycie rąk), a niektórych nie będziemy chcieli pamiętać. Czas sam nas sprawdzi i pokaże ile kto może wytrzymać i znieść. Siostra Kamila przysłała mi zdjęcie Ojca Pio z napisem „Módl się, wierz i nie martw się”. Właśnie tak trzeba robić. Szczególnie w naszym Ośrodku nie możemy o tym zapominać ponieważ już tyle razy doświadczaliśmy Bożych Cudów (małych, większych, codziennych, zwyczajnych i niezwyczajnych), że musimy z tego czerpać tę wiarę, że czasami TO wystarczy.

Trzeba by nie mieć serca, żeby nie poprzytulać małej Natalki, dać „się jej pomiziać” czy nie ukochać małego Kacperka, nie obetrzeć mu płynącej łezki. Trzeba by nie mieć sumienia, żeby nie chcieć tłumaczyć, ze 20 razy w ciągu dnia, w przystępny sposób dzieciom czemu tak jest i dlaczego trzeba poddać się nakazom i rekomendacjom władz. No a Siostry? Były, są i będą. Pewnie, że się martwią. To jest ich miejsce, ich misja, ich życie. Ale też i nasze, bo skoro decydujemy się podjąć pracę tutaj to mamy świadomość, że to nie była i nie jest tylko praca. Szczególnie w takim czasie, jak mówi Siostra Elwira.

Przyjdą Święta Wielkanocne. Najważniejsze dla nas katolików, najważniejsze dla Sióstr- Zmartwychwstanek przecież. Spędzą je z dziećmi, które zostaną tu na Święta. Zawsze było dużo radości, słodkich upominków, miłych odwiedzin. Teraz raczej będzie to wszystko wyglądało inaczej choć wierzę w to, że Siostry zrobią wszystko, żeby to był wyjątkowy czas. Nikt z nas wtedy nie pójdzie do „naszej pracy”, będą tylko One i Dzieci- taka rodzina. Po to, żeby każdy z nas mógł spędzić swoje ze swoją rodziną. Spotkamy się po Świętach, może w lepszej rzeczywistości.